Wychowanie fizyczne to przedmiot inny niż pozostałe, specyficzny i… bardzo ważny. O tym, jak ważny, przekonują lekarze i badacze, twierdząc, że warto w szkole robić wszystko, żeby uczniowie nie tyle byli zmuszeni, co zwyczajnie chcieli ćwiczyć. Jak daleko można się posunąć, żeby namówić do tego opornych?
Ania zawsze miała dobre oceny ze wszystkich przedmiotów. Oprócz wf-u. W pierwszej klasie gimnazjum wuefistka stwierdziła, że Ania zasługuje na tróję (wyłącznie za pilność) i jeśli się nie poprawi, na koniec roku taka właśnie będzie ocena. Słowa dotrzymała. Ale jak Ania miała się poprawić, brać korepetycje z biegania czy z siatkówki? Dziewczyna, choć szczupła i wysoka, jest mało sprawna i… jakaś niezdarna. Nie potrafi łapać piłki, wolno biega, ma problemy z koordynacją ruchową. Ocena z wf-u psuła jej średnią do końca drugiej klasy gimnazjum. Potem na jej prośbę całoroczne zwolnienie wystawił znajomy lekarz. W liceum nawet nie próbowała chodzić na wf, bo czuła, że będzie podobnie. Brała zwolnienia. Problem zaczął się dopiero na studiach, bo tam konkretną chorobę musiał potwierdzić uczelniany lekarz. A ona była zdrowa.
Marta przestała chodzić na wf z powodu nadwagi. Dziewczyny śmiały się z niej, kiedy się rozbierała. Gapiły się na jej grube uda, komentowały rozstępy. Marta lubiła ćwiczyć w podstawówce, była jedną z najlepszych w biegach i w skoku w dal. Wtedy nie przejmowała się swoją tuszą, dopiero w gimnazjum dziewczyny zaczęły zwracać większą uwagę na wygląd. Czarę goryczy przelała nowa nauczycielka, która zarządziła, że na wf-ie wszyscy muszą ćwiczyć w krótkich spodenkach. Marta poszła do poleconego lekarza, który bez pytania dawał zwolnienia z wf. Jej też o nic nie pytał. Poza szkołą Marta chodzi na basen (o 6.30, kiedy jest mało ludzi i nikt na nią nie patrzy), jeździ na rowerze, na łyżwach. Lubi ruch, ale nie w szkole.
Adrian nienawidzi wf-u, odkąd zaczęły się gry zespołowe, głównie piłka nożna, do której on zupełnie nie ma zdolności. Nie umie kiwać, biec z piłką, podawać. Jak w grupie dobierane są drużyny, on wybierany jest zawsze na końcu i niezmiennie towarzyszy temu jęk kolegów. Na boisku stoi jak słup, ale nie wie, co ma robić, żeby było inaczej. Gdyby w szkole był wybór, Adrian chciałby chodzić na siłownię albo taniec. Niestety, na razie jest tylko sekcja… piłki nożnej i ręcznej. Adrian już myśli o zwolnieniu.
Po serii alarmujących wyników rozmaitych badań, z których wynikało, że polska młodzież jest niewysportowana, schorowana i otyła, a na domiar złego na potęgę wymiguje się od wf-u, przynosząc naciągane lub wręcz fałszywe zwolnienia, ministerstwo edukacji postanowiło zabrać się za szkolną aktywność fizyczną. Pierwszym konkretnym ruchem było stopniowe zwiększanie liczby zajęć z wf-u, co – jak łatwo przewidzieć – spowodowało, że ci, którzy do tej pory chętnie uczestniczyli w zajęciach, mieli ich jeszcze więcej, a ci, którzy się zwalniali, zwalniają się nadal. Od tego roku szkolnego MEN poszło krok dalej. Po burzliwych konsultacjach postanowiono zrobić ukłon w stronę uczniów i pozwolono im wybrać rodzaj zajęć sportowych, z jakich będą uczestniczyć przez 2 godziny tygodniowo. Wybór oczywiście ograniczony jest do tego, co zaoferuje dana szkoła, ta jednak powinna wziąć pod uwagę nie tylko bazę, jaką dysponuje, ale także potrzeby i zainteresowania samych uczniów. Z założenia powinno to wyeliminować kilka czynników, które do tej pory były częstymi przyczynami niechęci uczniów do lekcji wf-u.
“Ja tam chciałabym jakąś jogę, aerobik czy coś innego...fajnego i babskiego.”
Rozporządzenie MEN w sprawie 2 godzin wf-u do wyboru uczniów sporo namieszało w szkołach, głównie z powodów organizacyjno-logistycznych. Jeśli zmiany pójdą w dobrym kierunku, warte są oczywiście każdego zamieszania i każdych trudności. Gorzej, jeśli w myśl zasady: “jak najmniej zmian, lubimy głównie to, co znamy” – nowe pomysły wprowadzi się jak najmniejszym kosztem i wysiłkiem. Byle w papierach się zgadzało i nikt nie mógł się przyczepić. W wielu szkołach fakultety to np. godzina piłki nożnej lub siatkowej, czyli to, co najczęściej uprawiane jest na “zwykłym” wf-ie. A w ramach drugiej godziny rozliczane są np. całodniowe zawody sportowe, i tak organizowane od lat. Tym łatwym sposobem nic się nie zmieniło, prócz większej biurokracji, bo trzeba to po nowemu opisać.
Oczywiście, to wszystko nie jest proste i nie zawsze wynika z niechęci nauczycieli. Trudno np. zorganizować zajęcia taneczne, jeśli z całej szkoły zgłosi się na nie tylko 5 osób. Nie jest też łatwo urządzić w szkole siłownię, nawet jeśli chętnych byłaby połowa uczniów, jeśli nie ma odpowiedniego zaplecza czy funduszy na wyposażenie. Ciężko też o zajęcia przy muzyce, jeśli w drugiej części sali inna klasa gra w tym czasie w piłkę, albo do dyspozycji jest jedynie korytarz.
Dużym problemem jest takie ułożenie planu, żeby każdy z uczniów w czasie przeznaczonym na wf mógł uczestniczyć w wybranych zajęciach. Nie jest to łatwe, czasem wymaga ogromnej ekwilibrystyki, a w szkołach niedysponujących nadmiarem pomieszczeń sportowych bywa wręcz niewykonalne. Część zajęć mogłaby się odbywać popołudniami, a nawet w weekendy, ale co zrobić z uczniami dojeżdżającymi, kiedy nie ma możliwości zorganizowania im późniejszego transportu? Poza tym uczniowie mają po południu rozmaite zajęcia pozaszkolne. I jeszcze jeden powód, bardziej prozaiczny: cześć pomieszczeń, w tym sale gimnastyczne, szkoły po lekcjach często wynajmują. Konieczność zorganizowania wtedy zajęć obowiązkowych dla uczniów wiąże się z utratą liczącego się dochodu. Wątpliwości budzi też rozliczanie wf, kiedy jeden przedmiot realizowany jest nie tylko przez dwóch nauczycieli, ale również w zespołach międzyklasowych. Trzeba ustalić wspólne zasady wystawiania ocen, rozliczania nieobecności, przemyśleć, co zrobić z uczniami, którzy będą chcieli zmienić dyscyplinę.
“Całe lekcje gramy w siatkę, znaczy grają ci, co potrafią, a ci co są gorsi, siedzą całą lekcję na ławce. Porażka”
Zbyt jednostajne, monotonne, niedostosowane do potrzeb i zainteresowań uczniów lekcje były głównym powodem, dla którego wprowadzono możliwość wyboru rodzaju zajęć. Dotychczas za często działo się tak, że uczniowie większość lekcji wf spędzali ćwicząc jedną dyscyplinę. Czasem ta monotematyczność wynikała z możliwości lokalowych szkoły, a czasem z preferencji danego nauczyciela. Jeśli był fanem koszykówki, jego uczniowie grali niemal wyłącznie w kosza. Bywało, że przyczyna tkwiła w obojętności wuefistów i prowadzeniu słynnych zajęć “na macie”. Uczniowie narzekali, bo przecież nie wszyscy są miłośnikami biegania czy piłki nożnej. Poza tym rozmaitość jest po prostu niezbędna, chociażby do ćwiczenia różnych sprawności.
Wydaje się, że od momentu wprowadzenia alternatywnego wf-u, zmienia się świadomość samych nauczycieli, którzy zaczynają wychodzić z własną inicjatywą uatrakcyjnienia zajęć, ponieważ widzą, że warto. Im samym też milej jest prowadzić lekcje w grupie uczniów szczerze zainteresowanych daną dziedziną. Zaczynają więc w swoich szkołach proponować zajęcia z dyscyplin, które sami lubią i uprawiają. Pojawia się nordic walking, fitness, rozmaite odmiany aerobiku, elementy samoobrony, joga, gimnastyka artystyczna, unihokej. Robienie tego, co się lubi – zwłaszcza dla ucznia w szkole – jest nie do przeceniania. A uczeń będzie lubił to, w czym jest dobry i co mu się udaje.
“Nienawidzę rywalizacji, robienia czegoś na gwizdek i stopień, choć uwielbiam się ruszać.”
Co pewien czas pojawia się pomysł, żeby zlikwidować oceny z wychowania fizycznego, a zastąpić je np. zaliczeniem. Ten pogląd ma tyluż zwolenników, co przeciwników. Przeciwni są zazwyczaj nauczyciele, bo brak ocen może uczynić przedmiot mało poważnym, a ich samych zdegradować do roli opiekunów hasających dzieci. Boją się też, że brak bodźca, zarówno pozytywnego jak i negatywnego, oddziałującego na uczniów, spowoduje, że ci zaczną lekceważyć zarówno nauczyciela, jak i przedmiot. A wtedy niczym już ich nie da się zachęcić do sportu i ruchu. Coś zupełnie przeciwnego mówią zwolennicy braku stopni, uważając, że właśnie zdjęcie widma oceny przywróci zajęciom sportowym naturalną radość, bez konieczności starania się o wyniki, zaliczania sprawdzianów wg tabel itd. Skończą się też fałszywe zwolnienia dla tych, którym niższa ocena z wf-u psuje średnią. Sprawiedliwe ocenianie z wychowania fizycznego nie jest łatwe. Ocenę trzeba wyważyć, biorąc pod uwagę wiele czynników. Ocenianie głównie sprawności fizycznej (niby niezgodne z zasadami wystawiania ocen z wf-u, ale nadal praktykowane) może prowadzić do dyskryminacji, wystawiania słabszych na pośmiewisko klasy i poczucia niesprawiedliwości (dużo się staram, a i tak mam słabą ocenę). Ale z drugiej strony podobnie jest przecież na innych przedmiotach – oceniany przeważnie nie jest wysiłek, tylko efekt końcowy. Jeśli zdolny matematycznie uczeń w kilka minut rozwiąże poprawnie zadanie, dostanie 5. Słabszy, nawet jeśli spędzi nad nim znacznie więcej czasu, ale mu się nie uda, dobrej oceny nie dostanie.
Uczniowie bywają wyrachowani, zwłaszcza kiedy bardzo potrzebują wysokiej średniej, np. żeby dostać się do dobrej szkoły. Jeśli wiedzą, że nie mają szans na 5 lub 6 z wf-u, wolą załatwić sobie zwolnienie. Mogą nawet lubić ćwiczyć, ale żeby dostać takie oceny, trzeba naprawdę się wykazać. Jeśli nie są w stanie, rezygnują. A gdyby tak oceny stanowiły wyłącznie bodziec zachęcający? Pewien nauczyciel, który stawia piątki za samo ćwiczenie na lekcji, a sprawdziany robi wyłącznie po to, żeby uczniowie orientowali się, jaką mają sprawność fizyczną, ma od lat 100-procentową frekwencję na lekcjach. Kontrowersyjne? Być może, za to skuteczne.
Sport jest nieodłącznie związany z rywalizacją, która ma zarówno pozytywne, jak i negatywne oblicze. Przede wszystkim powoduje, że ktoś zawsze jest lepszy, a ktoś gorszy. To piętnuje, stresuje, wprowadza elementy agresji, walki. Oczywiście, dla normalnego funkcjonowania w społeczeństwie bardzo ważne jest, żeby nauczyć się przegrywać. Warto jednak zachować proporcje, bo nie jest dobrze, jeśli jedno dziecko jest zawsze na pozycji przegranej. Kiedy mowa jest o rywalizacji, mam w pamięci wydarzenie z olimpiady specjalnej. Gdy jeden z zawodników w czasie biegu przewrócił się, niedoszły zwycięzca podszedł do niego, pomógł mu wstać i razem, powolutku, dobiegli do mety. Dla tego pomagającego nie było ważne pokonanie przeciwnika, tylko pomoc koledze, żeby mógł, tak jak wszyscy, ukończyć bieg. I jak tu mówić o upośledzeniu umysłowym?
“Nie należę do osób chudych i nie znosiłem wyśmiewania się z mojej tuszy.”
Częstym powodem nieuczestniczenia w zajęciach z wf-u jest nie tyle niechęć do ćwiczeń, co problemy psychologiczne. Bardziej dotyczy to dziewcząt, zwłaszcza w wieku dorastania. Te często wstydzą się rozebrać przed koleżankami, bo mają rozstępy, fałdki tłuszczu, krzywe nogi i mnóstwo innych niedoskonałości. W pewnym wieku prawdziwe, a częściej wyimaginowane problemy urastają do rangi dramatów życiowych. W pozbywaniu się kompleksów zwykle nie pomagają koledzy ani koleżanki. Wręcz przeciwnie, nieprzyjemnymi komentarzami mogą potęgować negatywne odczucia. Jeśli osoba z nadwagą właśnie przez to przestanie uczestniczyć w lekcjach wf-u, jej problem tym bardziej się pogłębi, bo przecież ruch fizyczny jest jednym z czynników pomagających walczyć z tuszą. Najważniejszą osobą, która może pomóc, jest nauczyciel. Musi jednak chcieć i poświęcić uczniowi trochę uwagi. Jeśli uda mu się dobrze zdiagnozować problem – być może uczeń w czasie przyjaznej rozmowy sam powie, jaka jest przyczyna jego niechęci do ćwiczeń – będzie to połowa sukcesu. Wspólnie można zaradzić niemal każdemu problemowi. Uczeń może przebierać się w osobnym miejscu, nawet w toalecie, jeśli miałoby to mu pomóc. Nauczyciel powinien też stanowczo reagować, jeśli słyszy jakiekolwiek złośliwe uwagi pod jego adresem. Nie wspominając już o tym, że samemu nie wolno mu tego robić. Niby to oczywiste, ale wielu uczniów skarży się, że byli obiektami niewybrednych żartów nauczyciela dotyczących ich wyglądu lub sprawności fizycznej. Warto też modyfikować nieco swoje wymagania, by wykazać się mogli także mniej sprawni uczniowie.
“Strasznie wyglądam na wf-ie i po, jestem czerwona jak burak, wolę unikać sytuacji jeszcze bardziej pogarszających mój wygląd”
Czasem powodem niechęci do ćwiczeń – dotyczy to głównie dziewcząt – jest obawa o to, jak będą wyglądać bez idealnej fryzury, z rozmazanym makijażem, spocone. Chęć posiadania perfekcyjnego wyglądu paraliżuje je do tego stopnia, że wolą nie ćwiczyć, niż narazić na szwank swój wizerunek. Mniej zdesperowane ćwiczą, ale noszą ze sobą komplet akcesoriów do natychmiastowego poprawienia makijażu, a nawet prostownicę do włosów. W zmianie podejścia może pomóc rozmowa z uczennicami, prowadzona nie tylko przez wuefistę, ale też pielęgniarkę, higienistkę, szkolnego psychologa czy pedagoga. Dziewczyny przesadnie dbające o swój wygląd będą również dbały o to, by być szczupłe i zgrabne. Jest więc szansa, że zechcą ćwiczyć, jeśli nauczyciel zaproponuje zestawy ćwiczeń na mięśnie brzucha, ud, pośladków itd.
Uczniowie często wykręcają się od lekcji, skarżąc się na brak możliwości użycia po zajęciach prysznica i konieczność pójścia spoconym na resztę lekcji. Przy takim podejściu warto przypomnieć uczniom kilka podstawowych zasad higieny. W szkołach często nie ma pryszniców, ale nawet jeśli są, to zwykle po lekcji nie ma na tyle czasu, żeby wszyscy mogli z nich skorzystać. Jednak użycie dezodorantu na czystą skórę przed lekcją oraz zmiana koszulki po lekcji skutecznie wyeliminuje przynajmniej przykry zapach potu.
“U nas jest obowiązek chodzenia w czerwonych krótkich spodenkach i białych koszulkach. Jak się ustawiamy, to wyglądamy jak flaga narodowa.”
Strój na wf powinien być przede wszystkim wygodny, nie krępować ruchów i pozwalać na swobodne wykonywanie ćwiczeń. Niektórym nauczycielom to wystarcza, a uczniowie w ramach tych zaleceń mogą ubierać się, jak chcą. Niektórzy mają jednak konkretne wymagania odnośnie kroju czy koloru ubrań. I wszystko jest w porządku, dopóki dla kogoś dany strój nie będzie powodem skrępowania czy wstydu. Dotyczy to zwłaszcza wymogu noszenia krótkich spodenek przez dziewczyny, które z różnych powodów nie lubią “pokazywać” nóg. Natomiast jasne kolory spodni mogą krępować w czasie, kiedy dziewczyna ma okres. Warto wziąć pod uwagę te sprawy, kiedy planuje się stworzyć jednolitą drużynę. Najlepiej razem z klasą uzgodnić krój i kolor stroju, ewentualnie pozwolić na odstępstwa w czasie “trudnych dni”.
“Lubię wf, bo nasz nauczyciel nigdy się nie drze, jak ktoś czegoś nie umie”
Chyba nie będzie przesadą powiedzenie, że decydujący wpływ na to, czy uczniowie chętnie chodzą na lekcje wf-u czy nie, ma nauczyciel. Zdarza się, że na lekcji chętnie ćwiczy niemal cała klasa, a po zmianie wuefisty nagle 1/3 przynosi zwolnienia na cały rok. Raczej nie wynika to z nagłej epidemii. Wiele z wyżej wymienionych przyczyn niechęci uczniów do lekcji można byłoby wyeliminować, a przynajmniej zminimalizować, zmieniając podejście nauczyciela do uczniów. Nie chodzi tu o cuda na kiju i wymyślanie coraz to nowszych zajęć, bardziej o zrozumienie, indywidualne podejście do ucznia, docenianie wysiłku, liczenie się ze zdaniem uczniów, sprawiedliwe i jasne kryteria oceniania. Oczywiście, dokładnie to samo można powiedzieć o każdym innym przedmiocie, wychowanie fizyczne ma jednak tę specyfikę, że uczeń względnie łatwo może przestać w nim uczestniczyć, jeśli “coś będzie nie tak”. A to prosta droga do zniechęcenia się do sportu i wszelkich zajęć ruchowych na długo. Czasem na zawsze. Do przełamania niechęci na pewno nie przyczynia się postawa nauczyciela, który faworyzuje najzdolniejszych, a słabszych, mniej sprawnych czy otyłych poniża i upokarza (słownictwem, przykrymi uwagami czy złośliwościami, ocenami nie uwzględniającymi wysiłków). Takie podejście niestety nie należy do rzadkości. Mądry nauczyciel stara się zmotywować każdego ucznia do ruchu, potrafi znaleźć u każdego coś, w czym będzie dobry, za co będzie można go pochwalić i wstawić lepszy stopień.
“Ogólnie mam niechęć do sportu”
W niechęci do ćwiczenia na lekcjach wf-u przeważnie tkwi jakaś ważna przyczyna, co oznacza, że uczeń chętnie chodziłby na wf, gdyby… Tę przyczynę czasem da się zdiagnozować i wyeliminować. Są jednak przypadki, kiedy uczeń swoją postawą zdaje się mówić: “nie, bo nie”. Może to być wpływ nawyków wyniesionych z domu, preferowanymi sposobami spędzania wolnego czasu przed telewizorem lub komputerem. Czasem odzywa się specyficzna środowiskowa “moda” na niechodzenie na wf. Niećwiczący mogą posiedzieć na ławce, pogadać, pobawić się telefonami. Czasami uczeń ostentacyjnie nie chodzi na lekcje, a poza szkołą uprawia różne, często modne, ekskluzywne dyscypliny sportu. Przyczyną bywa też chęć poświęcenia jak największej ilości czasu na naukę, również kosztem wf-u. Liczba niećwiczących zwiększa się przed ważnym sprawdzianem lub maturą. Innym zwyczajnie nie chce się ćwiczyć, choćby lekcje były urozmaicone do granic możliwości. Jeszcze innym nie chce się dźwigać stroju, nie lubią się męczyć, wolą później przyjść do szkoły albo wcześniej z niej wrócić, jeśli tylko to możliwe. Takie osoby po latach żałują, że w odpowiednim czasie nie zadbały o swoją kondycję fizyczną. W dorosłym życiu zmagają się z otyłością, chorobami układu krążenia, kręgosłupa, lub nie są w stanie wejść bez zadyszki na 3. piętro.
“Byłem totalnym maniakiem tej lekcji. Jak zapomniałem stroju, to uciekałem ze szkoły do domu i wracałem. Dzień bez wf-u – dniem straconym. Jak lekcje znajdowały się na końcu, to czułem niesamowitą motywację na lekcjach, nagroda czekała.”
W lekcjach wychowania fizycznego ważne jest, żeby nie tyle wbić uczniowi do głowy określoną wiedzę czy wyuczyć umiejętności, ile wypracować i utrwalić odpowiednią postawę życiową, która będzie procentować w dalszym życiu. Właśnie dlatego daleko ważniejsze od osiągnięć sportowych uczniów, medali, zwycięstw w turniejach i pobijaniu rekordów jest odnajdywaniu przyjemności w uprawianiu sportu, nawet tylko rekreacyjnie. Tak by uczeń, po skończeniu szkoły, nadal czul potrzebę aktywności fizycznej. Taka przyjemność wynika z przypływu adrenaliny, z poczucia zwycięstwa, odczuwania zmęczenia mięśni, z odreagowania wysiłku umysłowego, rozładowania stresów i negatywnych emocji, a także innych czynników. Długofalowo także z samego faktu wysportowania, świetnej sylwetki, dobrego samopoczucia. Ale żeby odczuć te przyjemności, trzeba je przeżyć.
MONIKA NIEWIELSKA
Tytuł oraz śródtytuły pochodzą z wypowiedzi internautów.





