Język polski dał w kość już niejednej osobie. Jest skomplikowany, pełen dziwacznych reguł, wyjątków, pułapek, oboczności. Ma straszliwą ortografię, z podwójnymi zapisami takich samych głosek, z licznymi różnicami w wymowie i pisowni. Wiele w nim subtelności, alternatywnych form, z których wszystkie są poprawne, ale niektóre dopuszczalne tylko w mowie potocznej... Dodajmy do tego jeszcze interpunkcję czy chociażby odmianę liczebników.
Problemy z językiem polskim mają dzieci, które dopiero uczą się mówić. Idą się bawić z moją kolegą, mają brudne ręki, mówią idłem zamiast szedłem i boiłem się zamiast bałem. Kłopoty, choć już innego rodzaju, mają uczniowie, od szkoły podstawowej po maturę i studia. Ortografia pozostanie czarną magią dla dyslektyka, nawet jeśli wyuczy się on na pamięć mnóstwa zasad i jeszcze większej liczby wyjątków. Tylko nauczyciel języka polskiego, mając do czynienia z dyslektykami, wie, na ile sposobów można zapisać proste – wydawałoby się – słówko: “już”. Obcokrajowiec, który postanowi nauczyć się polskiego, musi wykazać się dużym samozaparciem, żeby dobrze mówić i pisać. Wielu przeciętnych użytkowników języka ma wątpliwości, czy stosuje poprawne formy gramatyczne, sformułowania, zasady interpunkcji. Intuicja językowa nie zawsze idzie w parze z normą językową. Czasem ktoś po kilkudziesięciu latach dowiaduje się, że forma wyrazu czy wyrażenie, którego używał całe życie, jest niepoprawne. Inne zaś, które uznawał za błędne, okazało się jednak dopuszczalne. Ponieważ język polski jest trudny, trzeba dużej wiedzy filologicznej, żeby posługiwać się naprawdę bezbłędną polszczyzną. Umiejętność ta jest trudną sztuką nawet dla tych, którzy z definicji powinni ją posiadać. Kłopoty z językiem mają politycy, także ci dobrze wykształceni, nawet po studiach polonistycznych. Błędy robią dziennikarze, nie są wolni od nich także nauczyciele.
Podstawową funkcją języka jest porozumiewanie się i najlepiej, gdyby było ono sprawne, bezproblemowe i dostępne każdemu. Dlaczego więc, skoro polski budzi tak wiele problemów, nie spowodować, żeby był łatwiejszy? Uprościć pisownię, ujednolicić reguły, zlikwidować wyjątki. Nie trzeba byłoby tyle trudu wkładać w to, żeby nauczyć Polaków poprawnie mówić i czytać. Oczywiście, takie próby, zwłaszcza dotyczące ortografii, już były, nikt ich jednak nie traktował poważnie. Podstawowa trudność polega na tym, że język jest tworem żywym, stale zmieniającym się. Tworzony jest przez ludzi i dla ludzi. Żaden rząd, zespół naukowców czy nawet Rada Języka Polskiego nie ma takiej mocy, żeby narzucić rodakom określony sposób mówienia i pisania. Ta ostatnia może dokonywać zmian, np. wydawać uchwały ortograficzne, rozstrzygać spory czy dawać wiążące opinie. Trudno jednak wyobrazić sobie, żeby zdecydowała, że np. od nowego roku znikają: ó, rz, ch… Jeszcze trudniej – ingerencję w język mówiony i ustanowienie np. jednolitych końcówek deklinacyjnych dla wszystkich rzeczowników czy likwidację rodzaju nijakiego. Narzucenie tego typu “rewolucji” nie jest chyba w ogóle możliwe.
Najważniejsze, żeby się dogadać
To może inaczej: upowszechnić na Ziemi prosty język, którym mogliby się porozumiewać wszyscy? Uczyć go (oprócz narodowego, którego nie trzeba przecież skazywać na wymarcie) w szkole i na kursach dla dorosłych, promować, posługiwać się nim wszędzie tam, gdzie potrzebna jest współpraca międzynarodowa czy zwykłe, międzyludzkie kontakty z obcokrajowcami. Oczywiście taki język istnieje, jest nim chociażby sztucznie utworzony (w 1887 r.) esperanto. Ma on proste reguły i jest łatwy do nauczenia. Niestety, mimo że do dziś zna go już wiele tysięcy ludzi, nie stał się oficjalnym językiem międzynarodowym. Więc może angielski, obecnie najczęściej używany w kontaktach między państwami? W Polsce zna go (przynajmniej deklaratywnie) 20 proc. dorosłych (badania CBOS z 2006 r.) i jego znajomość stale rośnie, zwłaszcza wśród młodych ludzi. Polacy chcą się uczyć i uczą języków obcych głównie ze względów zawodowych (znajomość angielskiego jest dziś niemal warunkiem znalezienia dobrej pracy) i komunikacyjnych (możliwość bezpośredniego porozumiewania się z obcokrajowcami, nawiązywania kontaktów, także przez internet, czytania w oryginale czasopism czy stron internetowych itd.). Konieczność posługiwania się, oprócz języka narodowego, jeszcze jakimś innym, jest dziś chyba niepodważalna. Warto zauważyć, że w nauce języków obcych coraz większy nacisk kładzie się na komunikatywność, odchodząc od uczenia typowo filologicznego. Dopuszcza się więc popełnianie błędów, nieznajomość wszystkich zasad gramatycznych. Ważne jest porozumienie, praktyczna znajomość języka. Akceptacja dla błędów popełnianych w języku ojczystym jest znacznie mniejsza, ale słuchając radia i telewizji, czytając prasę, a zwłaszcza przeglądając strony internetowe, widać wyraźnie, że poziom tolerancji społecznej dla niestarannej polszczyzny rośnie. A może jest inaczej: słuchając polszczyzny, jaką raczą nas media, przyzwyczajamy się do niej i powolutku traktujemy jak normę?
Zero tolerancji dla błędów
Oczywiście, nie wszyscy są w stanie bez bólu uszu słuchać: mogom, mojom ojczyznom, ja rozumie lub “będziemy to kontynuować dalej w dwutysięcznym jedenastym”. Bardzo dobrze, że istnieje grono tych, którym leży na sercu dbałość o wysoki poziom językowy wypowiedzi i dają temu wyraz. Są ludzie, których pasją jest wyszukiwanie błędów np. w tekstach prasowych. Zbierają je, segregują, czasem przesyłają do redakcji. Ci z poczuciem misji stale poprawiają swoich rozmówców, często wykazując “zero tolerancji” nawet dla tych form, które słowniki notują już jako dopuszczalne. Z błędami zmagają się korektorzy i oczywiście nauczyciele języka polskiego. Ci ostatni, obcując z nieporadnymi, nieskładnymi i upstrzonymi błędami pracami uczniów, nierzadko po pewnym czasie tracą dystans do języka. Później sami muszą zerkać do słownika, żeby upewnić się, jak poprawnie napisać popularny wyraz.
Walka z błędami językowymi może przybierać ekstremalne formy, co widać np. w dyskusjach internetowych. Jeśli ktoś porusza problem poprawnej polszczyzny, puryści językowi natychmiast wytykają kolejne błędy temu, kto śmie krytykować innych. Inni wynajdują potknięcia, których nie dostrzegł autor. Jeszcze inni skupiają się na swoich “konikach”, czyli niepoprawnościach, które ich szczególnie denerwują, rażą i oburzają. Kolejni wreszcie atakują same błędy, udowadniając, że tak naprawdę błędami nie są. A gdy dyskusja nabiera ostrości, niektórzy nie wytrzymują, każdy, kto popełni “karygodny” – ich zdaniem – błąd, nazwany będzie ćwierćinteligentem, a jego styl wypowiedzi – wiochą. Pomijając poziom niektórych dyskusji, dobrze, że się takie odbywają, bo znaczy to, że wielu ludziom język nie jest obojętny.
Strącić język z piedestału
Możliwe, że język międzynarodowy, gdyby taki zaistniał, nieco odsunąłby na bok języki narodowe. Trudno jednak wyobrazić sobie, żeby te wymarły, ustępując miejsca innemu, powszechnemu. Jest to niezwykle mało prawdopodobne głównie ze względu na wartości, jakie niesie język ojczysty: umacnianie więzi narodowych, patriotyzm, trwałość kultury, możliwość sięgania do korzeni, zapobieganie wynarodowieniu. Poznawanie języków obcych nie musi skutkować nonszalancją do własnego języka, przeciwnie, może zwiększać wrażliwość na różne jego obszary. Ale wpływ modnego w danym okresie języka daje się zauważyć w mowie ojczystej, co nie wszystkim się podoba. Dziś jest to oczywiście angielski, którego obecność bardzo mocno odczuwamy w wielu obszarach, łącznie z językiem potocznym. Liczne zapożyczenia to nie tylko słownictwo, ale również przenoszenie znaczeń, elementów składni, konstrukcji. Można oczywiście oburzać się na sale zamiast wyprzedaży, wyśmiewać się z “Kliniki obuwia” czy nadużywania słów typu opcja czy kondycja, jednak faktem jest, że nie wszystko daje się przetłumaczyć na polski i nie da rady zamknąć się na języki obce, które przenikają i ubogacają nasz własny.
Niektórzy niepokoją się, że uczniowie za bardziej przydatne w życiu uznają lekcje angielskiego czy informatyki niż języka polskiego. Ale taka jest rzeczywistość, choćby nie wiem jak temu zaprzeczać. Bez wiedzy na temat życiorysu Słowackiego, typów przydawek i rodzajów rymów da się żyć i to bez większych problemów, ale bez znajomości obsługi komputera czy angielskiego jest znacznie gorzej. Czy należy się niepokoić tym, że uczniowie nie czytają lektur, nie chcą pisać wypracowań i kupują prezentacje maturalne? Czy nie dzieje się tak przez uprzywilejowanie w szkole historii literatury i wrzucenie jej do jednego worka z wszystkimi elementami nauki języka polskiego? Może lepszym pomysłem byłoby – jak postulują niektórzy specjaliści – rozdzielenie w starszych klasach przedmiotu język polski na literaturę i naukę o języku? Tę pierwszą można byłoby potraktować jak jeden z wielu przedmiotów typu historia, geografia czy fizyka, łącznie z daniem uczniom wyboru, czy chcą ją zdawać na maturze. Nauka o języku powinna być czysto pragmatyczna: pomagać lepiej mówić i pisać po polsku, nie tylko dla potrzeb egzaminów, ale także całego życia. Lepiej, czyli nie tylko poprawnie, ale też jasno, logicznie, z sensem i z szacunkiem dla odbiorcy. Bo przecież język to nie tylko dziedzictwo narodowe, obszar dumy i patriotyzmu, wartość, którą należy chronić ze względów historycznych. To także, a może przede wszystkim, narzędzie, którym dobrze jest skutecznie się porozumiewać. A z tym bywa różnie.
Czytam, czytam i nic nie rozumiem
Skutecznie znaczy także zrozumiale. Niestety, rozumienie tekstów pisanych, a nawet mówionych to dla Polaków wciąż spory problem. Zatrważająco wypadły badania PISA z 2000 roku, w których czytanie ze zrozumieniem przez polskich piętnastolatków znalazło się na wyjątkowo niskim poziomie. Na szczęście kolejne badania przyniosły i nadal przynoszą coraz lepsze wyniki. Na pewno wpływ na to ma szkoła i zmiany w sposobach nauczania, ale także zdefiniowanie samego pojęcia “czytanie ze zrozumieniem” i podniesienie rangi tej kompetencji. Bo przecież brak umiejętności czytania (a także słuchania) ze zrozumieniem oznacza analfabetyzm funkcjonalny. Codzienna dawka bodźców, jakimi jesteśmy bombardowani w miejscu pracy, w mediach i na ulicach, jest nie do przyswojenia. Umiejętność wyszukiwania i selekcji informacji, krytycznego myślenia i analizy, sprawne poruszanie się w świecie multimediów i tzw. zarządzanie informacją, choć niezbędne, wydają się umiejętnościami wyższego rzędu. Żeby je posiąść, trzeba najpierw rozumieć, co do nas dociera. Tymczasem znaczny procent Polaków (badania z połowy lat 90. wskazywały, że aż 70 proc.) po obejrzeniu wiadomości telewizyjnych przyznaje, że nic z nich nie zrozumiało. Nie potrafi oddzielić faktów od komentarza ani reklamy od informacji. To nie tylko upośledza życie codzienne takiego człowieka, ale czyni go bezwolnym obywatelem, bardzo podatnym na manipulacje. Dlatego umiejętność czytania (i słuchania) ze zrozumieniem jest we współczesnym świecie koniecznością.
Przyczyn powszechnego braku umiejętności rozumienia tekstu można wskazywać wiele, od błędów w edukacji, zanikania tradycji czytelniczych, braku mody na kształcenie ustawiczne i samokształcenie, aż po nieumiejętne stosowanie języka przez twórców komunikatów. Bo przecież żeby tekst, tak słuchany, jak i czytany, był zrozumiały, musi być dobrze skonstruowany. Zatem umiejętność jasnego i czytelnego budowania zdań, przejrzystości i logiki wypowiedzi, dobór słownictwa, dostosowanie typu tekstu do określonego odbiorcy to kolejne konieczne elementy składowe sprawnego posługiwania się językiem. To, że takie umiejętności nie są powszechne, najlepiej widać w mediach.
Generacja SMS
Dziś skutecznie znaczy również szybko i krótko. SMS ma tylko 160 znaków. Jego wynalazcy nie spodziewali się, że zrobi aż taką furorę. Dziś zastępuje rozmowy telefoniczne, kartki świąteczne, listy. Znajduje zastosowanie w bankowości i reklamie. Za jego pomocą ludzie informują się o ważnych i zupełnie banalnych wydarzeniach, ślą życzenia, pozdrowienia, umawiają się na spotkania, piszą wyznania miłosne i zrywają znajomości. Okazuje się, że w tak niewielkiej liczbie znaków można zawrzeć bardzo dużo. Jeszcze więcej, jeśli użyje się emotikonów. Znaki ? czy ? mówią bardzo wiele i w dodatku rozumiane są we wszystkich językach. Na podobnym dążeniu do skrótowości bazują coraz bardziej popularne dziś mikroblogi typu Twitter, a także opisy (“statusy”) w komunikatorach. Dążenie do precyzji w wyrażaniu myśli, unikanie rozwlekłości i wodolejstwa jest umiejętnością bardzo przydatną. Może warto ćwiczyć ją także na lekcji, dając uczniom do napisania recenzję filmu, książki, streszczenie fabuły lektury itd. – z ograniczeniem do 160 znaków. Zadanie zmusza do myślenia, a uczniowie lubią i potrafią pisać SMS-y, więc powinni się przy tym dobrze bawić. A jaka oszczędność czasu przy sprawdzaniu prac!
Pozostając przy temacie języka używanego przez młodzież, warto docenić jego rolę w kształtowaniu i życiu polszczyzny. Gwara młodzieżowa, z jej tendencją do wymyślania nowych słów, nazw, skrótów, nadawania odmiennych znaczeń znanym wyrazom powoduje, że język żyje, rozwija się i wzbogaca. Naznaczona silnymi emocjami, często wulgarna lub na granicy wulgarności, z mocnym wpływem angielskiego i dużą dawką czarnego humoru stanowi rodzaj zabawy językiem. Niektóre sformułowania wręcz porażają celnością, niezwykle trafnym opisem rzeczywistości. Gwara młodzieżowa ma bardzo duży wpływ na język ogólny, co znakomicie widać, jeśli śledzi się np. reklamy (“najbardziej wypasione mleko”).
To, co w języku młodzieży razi, to nadużywanie wulgaryzmów. Wiadomo, że i one do pewnego stopnia mają swój urok, pomagają wyrazić skrajne emocje, rozładowują napięcie i są – jakby na to nie patrzeć – przejawem bogactwa językowego. Działają jak ostra przyprawa: użyta z umiarem, podkreśli smak potrawy, ale jeśli się ją przedawkuje, dania nie da się przełknąć. Użycie wulgaryzmów nie dotyczy oczywiście tylko gwary młodzieżowej. Cechuje ono mowę środowisk przestępczych, patologicznych, także przedstawicieli niektórych zawodów i to niekoniecznie tych z najniższej drabiny społecznej. Nadużywanie słów niecenzuralnych często świadczy jednak o ubóstwie językowym. Dla dzieci wychowanych w takich rodzinach wulgarny język nie jest czymś wyjątkowym, wiele wyrażeń jest zupełnie naturalnych. Nauczycielki przedszkoli i klas początkowych czasem mają do czynienia z dziećmi, które nie znają neutralnych wyrażeń dla określenia np. potrzeb fizjologicznych i chęć skorzystania z toalety sygnalizują wyrażeniami wulgarnymi.
Kamyczek do ogródka
Oczywiście, nie o to chodzi, żeby nigdy nie przekląć, trzeba jednak wiedzieć, kiedy, w jakich okolicznościach i przy kim można sobie na to pozwolić, a kiedy absolutnie nie. Bardzo źle czyta się wypowiedzi nauczycieli na forach internetowych, także branżowych, w których w najmniej wybrednych słowach wyrażają swoje frustracje dotyczące np. poziomu zarobków. Oczywiście, internet przyjmie wszystko i nauczyciele nie są w tym żadną osamotnioną grupą. Jednak po przeczytaniu takich wypowiedzi pozostaje niesmak.
Podobnie jak niepokoją popełniane przez nauczycieli błędy: ortograficzne, interpunkcyjne, gramatyczne i wszelkie inne. Jasne, że fora dyskusyjne to nie literatura piękna, a nie każdy internauta może pretendować do tytułu Mistrza Mowy Polskiej… niemniej, od nauczycieli wymaga się nieco więcej niż od przeciętnego użytkownika internetu. Można zostać nauczycielem (choć lepiej nie języka polskiego) mając problemy z ortografią, interpunkcją czy poprawną budową zdań. Warto jednak, wiedząc o swoich słabościach, trochę się pilnować, zwłaszcza wtedy, kiedy nie kryjemy się ze swoją profesją. Można używać odpowiednich edytorów tekstów, słowników, warto też przeczytać przed wysłaniem w eter własną, zwłaszcza napisaną pod wpływem emocji, wypowiedź. Słabe świadectwo wystawiają nauczycielowi błędy, przede wszystkim ortograficzne, w dzienniku szkolnym czy innych dokumentach. W takich wypadkach warto prosić o dyskretną pomoc kolegę polonistę. Niech przejrzy co pewien czas wpisy w dzienniku, poprawi błędy tym samym długopisem… Pewien dyrektor (polonista, jak łatwo się domyślić) miał brzydki zwyczaj poprawiania na czerwono wszelkich błędów, jakie znalazł w dziennikach. Niestety, nie wskórał zbyt wiele, oprócz tego, że kilka osób więcej wpisało go na listę swoich śmiertelnych wrogów. Dużą sztuką jest umiejętność zwracania komuś uwagi tak, żeby go nie ośmieszyć, nie poniżyć, nie obrazić. Dyskretnie, z szacunkiem, a przy tym skutecznie. Być może nauczyciele mają z tym nieco większy kłopot niż inni ze względu na to, że do ich codziennych obowiązków należy nauczanie, w tym zwracanie uwagi na błędy i ich poprawianie. Tę “misję”, czasem nieświadomie, przenoszą poza szkołę, stając się wtedy trudnymi dyskutantami. Zwracając nadmierną uwagę na formę, mogą zatracić meritum sprawy.
W używaniu języka i dbałości o jego czystość, tak jak w każdej innej dziedzinie, potrzebny jest umiar. Wysoką poprzeczkę warto stawiać przede wszystkim sobie, dla bliźnich zachowując odrobinę wyrozumiałości.
MONIKA NIEWIELSKA





