12 kwietnia każdy nauczyciel musiał przyjść do szkoły i stanąć przed uczniami. To nie było zwykłe spotkanie. Żałobę, szok i ból przeżyli wszyscy. Szkoła nie mogła się nie odnieść do tragicznych wydarzeń katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem i prowadzić lekcji, jakby nic się nie stało. Dziś żałobę mamy już za sobą, ale śmierć jako temat co pewien czas pojawia się w szkole w różnych kontekstach, często bardzo bolesnych. Nie da się od tego uciec.
Umiera uczeń, umiera jedno z rodziców ucznia, umiera nauczyciel, ktoś popełnia samobójstwo, wydarza się tragiczny wypadek czy wreszcie katastrofa, w której giną dziesiątki ludzi. Okoliczności są różne, ale sedno sprawy pozostaje takie samo – odejście człowieka, przynajmniej z wymiaru doczesnego. Śmierć to jedyna rzecz, którą ludzie mogą potraktować jak pewnik, jest prostą konsekwencją życia. Dlatego też naturalne jest, że bliscy, którzy pozostali, odczuwają smutek, żal, czasem bunt, które potęgują się, jeśli odejście nie nastąpiło z przyczyn naturalnych, jak starość czy ciężka choroba. Jednak przyjęło się, że śmierć jest tematem tabu, wstydliwym, że się o niej nie rozmawia. Może dlatego, że trzeba przy tym dotknąć trudnych pytań, które wykraczają poza naukę i ludzkie doświadczenie.
Jeśli zdecydujemy się (a raczej życie za nas zdecyduje) na lekcję na temat śmierci i umierania, czeka nas niełatwe zadanie. Zwykle takich zajęć nie planuje się w swojej pracy rocznej, nawet w listopadzie mówi się raczej o konieczności pamiętania o zmarłych, o zadumie, o zniczach na grobach poległych za ojczyznę. Są jednak takie sytuacje, kiedy pod wpływem tragicznego zdarzenia zachodzi potrzeba porozmawiania z uczniami o śmierci nieco inaczej. Na takie okoliczności nie ma procedur ani określonej wiedzy, którą należy wbić uczniom do głowy. W czasie takiej niezwyczajnej lekcji najlepiej, jeśli nauczycielowi uda się wyjść z roli matematyka, anglisty, nawet wychowawcy klasy. I pozostać człowiekiem, z sercem, ciepłem, życzliwością, otwartością. Zapomnieć, że dzieci czy młodzież siedząca przed nim to jego uczniowie: gorsi, lepsi. Potraktować ich jak ludzi, pełnych bólu, strachu, buntu, trudnych pytań.
Tradycyjnie wszystko, co dotyczy śmierci, pozostawiamy w szkole księżom i katechetom, ewentualnie etykom, jeśli są. W stronę religii zwrócić się najłatwiej. Katecheta na pewno będzie rozmawiał z uczniami o Bogu, o życiu doczesnymi i wiecznym, o modlitwie za zmarłych, o zmartwychwstaniu. Trudno przecenić wartość takich zajęć. Uczniowie jednak bardzo często potrzebują rozmów o śmierci nie tylko w konwencji i ujęciu religijnym. Mają własne zdanie, przemyślenia, wątpliwości, o których rzadko mogą podyskutować swobodnie na lekcjach religii. I które niekoniecznie zgodne są z nauką Kościoła. Ponadto religia wcale nie musi pomagać w radzeniu sobie z rozpaczą. A wśród uczniów są nie tylko żarliwi katolicy, są przedstawiciele innych wyznań, ateiści i największa bodaj grupa wątpiących, poszukujących swojego miejsca na świecie i odpowiedzi na ważne pytania. Nie zawsze satysfakcjonującej odpowiedzi udzieli im ksiądz. Co oczywiście nie znaczy, że na pewno ktoś inny zrobi to lepiej. Nie umniejszając w niczym religii katolickiej, ani też żadnej innej, warto wykazać się wobec uczniów pewną otwartością. Wystarczy przyjąć postawę “wiem, że nic nie wiem” i pozwolić uczniom dzielić się swoimi przemyśleniami, odczuciami, wątpliwościami bez oceniania, wartościowania. A tematy mogą być trudne: co dzieje się z nami po śmierci? czy istnieje dusza? czy jest ona nieśmiertelna? czy zmarli mogą się z nami kontaktować? czy istnieje reinkarnacja? Dobrze jest rozmawiać w duchu tolerancji, zrozumienia i poszanowania drugiej osoby. Mając przy tym komfort, że nie trzeba ostatecznie rozstrzygać wszelkich wątpliwości, a na koniec podać najlepszej odpowiedzi. Można powiedzieć: nie wiem, jak jest naprawdę. Bo wszyscy jesteśmy ludźmi, podobnie bezradnymi w obliczu tajemnic śmierci, buntującymi się wobec jej bezwzględności, zmagającymi się z żałobą, żalem, czasem wściekłością.
Trzeba jednak przemyśleć, czy uczniowie są gotowi na taką lekcję, i czy nauczyciel jest gotowy ją poprowadzić. Jeśli sytuacja tego wymaga, warto poprosić o pomoc psychologa. Czasem jest to wręcz niezbędne, nie tylko dziecku, które przeżyło śmierć bliskiej osoby, ale często całej klasie. Młodszym dzieciom w oswojeniu się z tematyką dotyczącą śmierci pomagają odpowiednio skonstruowane bajki i powieści. Nieco starszym – mądre powieści, które warto im podsuwać (o jednej z nich piszemy na str. 33). Jednak choćbyśmy nie wiem jak oswajali i tłumaczyli śmierć, zawsze będzie się ona wiązać z przeżywaniem negatywnych emocji (lęk, smutek, poczucie winy i krzywdy itp.). Nie warto od nich uciekać, trzeba jednak nauczyć się właściwie je przeżywać i pomóc w tym dzieciom.
Jeśli uczeń stracił jednego z rodziców, bardzo ważne jest, żeby środowisko szkolne pomogło mu przeżyć tę stratę, przejść przez etapy żałoby i pomóc powoli zacząć funkcjonować w życiu na nowo. Szkoła jest o tyle ważna, że jest miejscem, które nie uległo zmianie, temu okropnemu wstrząsowi, jakiemu została poddana jego rodzina. Jest więc pewnego rodzaju ulgą, ukojeniem, rodzajem chwilowego zapomnienia o bólu. Często wystarczy, że nauczyciel będzie życzliwym obserwatorem, że zadeklaruje swoją gotowość do rozmowy czy jakiejkolwiek pomocy, nawet jeśli uczeń z niej nie skorzysta. Czasem ważne jest okazanie współczucia, przytulenie, pozwolenie na płacz, przeżycie chwili wspólnego smutku, choć oczywiście tylko wtedy, kiedy jest to szczere, a dziecko będzie potrzebowało takiej bliskości. Uczeń po stracie bliskiej osoby zwykle najlepiej się czuje, jeśli traktowany jest normalnie. Dobrze jest jednak wyczuć jego stan emocjonalny i pozwolić – jeśli sam wyrazi taką wolę, o co najlepiej zapytać – nie pisać klasówki, nie odpowiadać, zaliczyć materiał w innym terminie. Choć takiej ochrony nie należy nadmiernie przedłużać. Chwili życzliwej rozmowy, nawet telefonicznej, może potrzebować w tej trudnej sytuacji też drugi z rodziców, zwłaszcza, jeśli zauważymy, że zaczyna zaniedbywać dziecko.
MONIKA NIEWIELSKA




