Z Luizą Złotkowską, łyżwiarką szybką, brązową medalistką Igrzysk w Vancouver, rozmawia Maria Cichy
MARIA CICHY: Kiedy złapałaś bakcyla sportu, kto zainspirował cię do uprawiania łyżwiarstwa szybkiego? Polskie warunki raczej tej dyscyplinie nie sprzyjają...
LUIZA ZŁOTKOWSKA: Wszystko zaczęło się w Szkole Podstawowej nr 3 w Milanówku, teraz jest to Zespół Szkół Gminnych nr 3 im. Fryderyka Chopina, dzięki panu Krzysztofowi Filipiakowi, który obecnie jest dyrektorem szkoły.
Na początku wyjazdy na treningi traktowałam jak spotkania towarzyskie, ponieważ większość mojej klasy uprawiała łyżwiarstwo szybkie. Cała sekcja jeździła wtedy z Milanówka autokarem, trzy razy w tygodniu na Stegny. Bywało tak, że pogoda często nie sprzyjała, szczególnie na otwartych torach, gdzie na każdym treningu trzeba było walczyć z wiatrem czy śniegiem. Dla małego dziecka to naprawdę trudne i wymaga od niego silnego charakteru, inaczej szybko się zniechęci i nie zechce pojechać na kolejny trening.
MC: W jakim wieku zaczęłaś trenować?
LZ: Zaczęłam trenować w wieku dziesięciu lat. Przypomina mi się historia z tamtych czasów, kiedy w pewnym momencie przestałam uczęszczać na treningi. Pan Filipiak, jeszcze jako nauczyciel wychowania fizycznego, przyszedł kiedyś do mojej klasy na lekcje języka polskiego i zapytał przy wszystkich: “Luiza, dlaczego nie było cię na kilku ostatnich treningach?” Nie bardzo wiedziałam, jak zareagować, więc powiedziałam, że musiałam się uczyć, bo w szkole panował wówczas dość burzliwy okres – szczególnie ciężko było z językiem polskim (śmiech). Pan dyrektor Filipiak poprosił wtedy polonistkę, żeby mnie od razu przepytała, skoro tyle się uczyłam. Cała ta sytuacja była zabawna, ale dla mnie wtedy wiązało się to z ogromnym stresem i wolałam już dla świętego spokoju chodzić na treningi trzy razy w tygodniu niż być pytana z polskiego (śmiech).
MC: Ile wyrzeczeń kosztowało Cię dojście do takiego sukcesu? Czy w latach szkolnych nie brakowało Ci czasu na spędzanie go z rówieśnikami, na zabawę i odpoczynek?
LZ: Odpoczynku było mało. Na pewno trzeba całe życie, plan tygodnia podporządkować temu zajęciu. Spotkania z rówieśnikami, kiedy chodziłam jeszcze do szkoły podstawowej, nie ucierpiały, ponieważ wyjeżdżaliśmy wspólnie na Stegny. Dzięki temu cały czas mieliśmy kontakt. Szczególnie utkwiły mi w pamięci powroty z treningów. Wysiadaliśmy na stacji w Milanówku i całą grupą szliśmy w kierunku naszych domów, po drodze były zawsze jakieś zapiekanki czy inne przyjemności. Dla dziecka była to frajda. Nie narzekałam na brak towarzystwa. Trzynaście lat temu gry komputerowe bądź zajęcia pozalekcyjne nie były aż tak popularne jak dziś. Dlatego takie treningi były atrakcyjną formą spędzania czasu pozaszkolnego.
Jeśli chodzi o wyrzeczenia, to wiadomo, że czasu po treningu pozostawało mało. Półtorej godziny zajmował nam sam dojazd na Stegny i z powrotem, do tego tyle samo czasu na łyżwach. Łącznie trzeba było poświęcić na wszystko około pięciu godzin dziennie, także po powrocie zostawało już niewiele czasu na odrabianie lekcji, naukę i odpoczynek.
MC: A jak jest dziś? Jak godzisz życie prywatne oraz naukę z częstymi treningami i wyjazdami?
LZ: Wybór moich studiów zależał właśnie od tego, czy będę mogła pogodzić treningi z zajęciami na uczelni. Nie bez powodu zdecydowałam się studiować na Akademii Wychowania Fizycznego w Krakowie. Była to jedyna uczelnia, która pozwoliła mijedno i drugie, bez problemu, pogodzić. Więc może nie jestem zapalonym wf-istą, ale byłam świadoma tego, że jeżeli chcę skończyć studia i zdobyć tytuł magistra, to jedynym wyjściem jest dla mnie AWF. Udaje mi się pogodzić działalność sportową z nauką – mam indywidualny tok studiów, a wykładowcy przymykają oko na moje częste wyjazdy i podchodzą do mojej kariery sportowej bardzo przychylnie. Jestem już na piątym roku, moje studia dobiegają końca. Mam nadzieję, że za parę miesięcy uda mi się uzyskać tytuł magistra.
Niestety czas, który mogę poświęcić na życie prywatne jest bardzo ograniczony, dlatego, że w ciągu roku spędzam 300 dni poza Polską. Na szczęście mój chłopak trenuje razem ze mną, też jeździ na łyżwach, więc możemy częściej być razem.
MC: Muszę zapytać Cię o igrzyska w Vancouver. Czy pamiętasz swoje pierwsze myśli po przekroczeniu mety? Jakie uczucia i emocje towarzyszyły tej chwili?
LZ: Bardzo ciężko wyodrębnić poszczególne myśli czy emocje. Te dwa dni tak naprawdę złożyły mi się w jedną całość. Na pewno pierwszym uczuciem, które się pojawiło, było niedowierzanie. Potem była już tylko radość i euforia, świadomość, która zresztą cały czas się jeszcze we mnie buduje, że zapisałyśmy się w historii i dokonałyśmy czegoś niezwykłego. Na lotnisku pojawił się w pewnym momencie billboard z napisem “Niemożliwe nie istnieje” i myślę, że te słowa są ważnym przesłaniem, kluczem do sukcesu.
MC: Dotychczasowe zimowe igrzyska olimpijskie nie przynosiły Polakom zbyt wielu powodów do radości i dumy. Czy w związku z niezwykłym sukcesem w Vancouver czujesz się bohaterką?
LZ: Myślę, że coś w tym jest. Przez ponad 80 lat zdobyliśmy na zimowych igrzyskach osiem medali, a w tym roku w ciągu kilkunastu dni aż sześć. Na pewno nie czułabym się tak dumna, gdyby ten medal był mocno oczekiwany. Takich niespodziewanych medali jest w historii sportu mało. Niewielu osobom udało się wcześniej tak wszystkich zaskoczyć, jak udało się to naszej drużynie. Nikt na to zwycięstwo nie liczył, dlatego myślę, że ten brązowy medal zostanie wszystkim na długo w pamięci.
Ciągle dostaję wiadomości od kibiców z forów internetowych, którzy dziękują za ten medal, bo dzięki temu są dumni, że są Polakami. Są to dla nas niezmiernie miłe słowa, a jeszcze przyjemniej jest, gdy całkiem obcy człowiek podchodzi do mnie i mówi: płakałem razem z tobą. Nie spodziewałam się, że zrobimy aż taką niespodziankę kibicom, jadąc na te igrzyska.
MC: Jakie są Twoje dalsze plany związane z karierą sportową?
LZ: Za dwanaście dni wyjeżdżam na wakacje (śmiech). Będzie to obóz zdrowotny. Przyda się trochę odpoczynku, nie tyle po ostatnich miesiącach, co po ciężkich 4 latach. Trenuję od 13 lat, ale przez ostatnie cztery lata wszystko było podporządkowane temu, żeby jechać na igrzyska. Do maja będzie trwał okres tzw. “roztrenowania”, będzie mniej treningów i więcej czasu na zasłużony wypoczynek. Potem zaczną się już cięższe treningi i planujemy wyjazd na pierwsze zgrupowanie. W lipcu zaczniemy już jeździć na łyżwach zagranicą. Pierwsze zawody o Puchar Świata rozpoczną się pod koniec października. Znów rozpocznie się rywalizacja o kolejne laury.
Bardzo byśmy chciały zdobyć kolejny medal w Soczi. Ale z drugiej strony lepiej by było, gdyby opinia publiczna nie wywierała na nas presji. Bo to, co zrobiłyśmy w Vancouver, było zupełnie spontaniczne. Nie miałyśmy nic do stracenia. Podczas biegów indywidualnych zawsze ktoś stał nad nami i powtarzał, że musimy dobrze wypaść. Natomiast podczas biegów drużynowych już nikt na nas nie liczył, nikt nawet nie miał siły specjalnie czuwać nad nami, więc po prostu stanęłyśmy na starcie i zrobiłyśmy swoje. Myślę, że taki luz i spokój jest potrzebny każdemu zawodnikowi, który startuje w zawodach.
MC: A Twoje marzenia? Czego pragnie ktoś, kto zdobył medal na igrzyskach olimpijskich?
LZ: Sport to nie wszystko. Jestem bardzo szczęśliwym człowiekiem, ponieważ zawsze osiągam to, czego chcę, wszystko mi się udaje. Do pełni szczęścia brakuje mi jednak jeszcze kilku drobnych rzeczy w sferze prywatnej, które chciałabym, żeby się poukładały w najbliższym czasie. Jeśli chodzi o marzenia związane ze sportem, to bardzo chciałabym, żeby Natalia Czerwonka, nasza rezerwowa, też dostała pełnoprawny medal.
MC: Jak można przekonać młodzież, która większość wolnego czasu woli spędzać przed komputerem, do uprawiania sportu i aktywnego spędzania czasu?
LZ. Moim zdaniem taka młodzież powinna obejrzeć sobie zdjęcia Amerykanów, którzy przyjęli tryb życia, do którego my niestety też dążymy – chodzi tu o siedzący tryb życia, spożywanie fast foodów, spędzanie całych dni w samochodzie, a wieczorów przed komputerem. To może prowadzić tylko do jednego. Myślę, że taka terapia szokowa, czyli zetknięcie się z problemami, jakie niesie ze sobą ten niezdrowy tryb życia, może przynieść jakieś rezultaty. Pamiętam, kiedy pierwszy raz wysiadłam na lotnisku w Stanach, pierwszym człowiekiem, którego tam zobaczyłam, był najbardziej otyły mężczyzna, jakiego w życiu widziałam. Nie wyobrażam sobie, żebym ja kiedyś doprowadziła się do takiego stanu.
MC: W jaki sposób rozpowszechnić łyżwiarstwo szybkie w naszym kraju? Czy po odniesionym sukcesie, wróżysz tej dyscyplinie podobną popularność, jaką zaczęły cieszyć się skoki narciarskie po zwycięstwach Adama Małysza?
LZ: To pytanie powinniśmy skierować co najmniej do Sekretarza Związku Łyżwiarstwa Szybkiego. Osobiście chciałabym, żeby ten medal wywołał nawet większe zainteresowanie łyżwiarstwem niż skoki narciarskie. Nie oszukujmy się – skoki narciarskie nie są sportem skierowanym do wszystkich. Trochę mało prawdopodobne jest to, żeby człowiek z rodziną w niedzielne popołudnie wypożyczył sobie narty do skoków, stanął na którejś ze skoczni w Zakopanem i poszybował (śmiech). Łyżwiarstwo jest dyscypliną, którą można uprawiać czysto rekreacyjnie i właśnie dzięki temu, że jest bardziej dostępna dla wszystkich, jest też bardziej popularna. Jest coraz więcej lodowisk, nawet przy centrach handlowych. Cieszą się one dużym zainteresowaniem. Dlatego nie martwię się o łyżwiarstwo rekreacyjne w Polsce. Ale droga do tego, żeby zostać profesjonalnym zawodnikiem nie jest już taka prosta. Wiele osób zniechęca się do łyżwiarstwa szybkiego przez to, że brakuje hal do treningów. Poza tym dzieci nie rwą się do tego, żeby przez godzinę stać na mrozie i na śniegu, żeby im deszcz padał na głowę. Takie dziecko przyjdzie zmarznięte z jednego czy drugiego treningu, ale na kolejny już nie pójdzie, bo wybierze grę komputerową, w którą zagra siedząc w domu w ciepłych kapciach i popijając colę. Niestety takie są realia. Bardzo bym chciała, aby młodzi ludzie wyszli z domów i zaczęli się ruszać. W przeciwnym razie stanie się z nami to, co stało się z wieloma Amerykanami. Nie mówię tu o zdobywaniu medali przez zawodowych sportowców, ale o zwykłej rekreacji i o ruchu dla zdrowia. To bardzo ważne.
MC: Dziękuję za rozmowę.




