Moje trzy grosze
Za źle napisane zadanie, brak pracy domowej, przeszkadzanie na lekcjach i mnóstwo innych przewinień dostawaliśmy linijką po rękach. Głównie chłopcy, hałaśliwi, łobuziakowaci. Nie symbolicznie, naprawdę boleśnie. Tak się działo w klasach I-III szkoły podstawowej, do której chodziłam. Nie były to jakieś zamierzchłe czasy, lata 80. ubiegłego wieku. Dziś to nie do pomyślenia, chociaż… wielu nauczycieli czasem chętnie wróciłoby do zakazanych metod.
Ostatnim bastionem przyzwalającym na zadawanie dzieciom bólu w zbożnym celu jest dom rodzinny. Ale od 1 lipca br. wchodzi w życie nowelizacja Ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, która zakazuje bicia dzieci. Odetchnęli z ulgą ci, którzy uważają, że dziecko ma prawo do szacunku i zadawanie mu cierpień w imię czegokolwiek jest niewłaściwe. Być może ustawa spowoduje, że dzieci katowanych będzie mniej. U tych zaś, którzy uznają lanie za dobrą metodę wychowawcza, obudzi się refleksja, że może coś jest nie tak, skoro nawet ustawą tego zabronili.
Ustawa nie wszystkim się podoba. Nie mówię tu o bijących dzieci zwyrodnialcach czy sadystach. Przyzwolenia na karanie za pomocą klapsów chcą zwyczajni ludzie, często religijni, wykształceni, kochający swoje dzieci. Obawiają się, że zakaz kar sprawiających cierpienie przyczyni się do tego, że dziecko trzeba będzie wychowywać bezstresowo. Ustawa nie mówi jednak o zakazie kar w ogóle, tylko tych cielesnych i poniżających. Nie przewiduje też kar za klapsy, raczej prosi: nie bij. Wielu ludzi jest przekonanych, że zwykły klaps nie robi dziecku krzywdy. Choć ciekawe, jakby się czuli, gdyby sami takiego dostali od swojego zwierzchnika za zaniedbanie czegoś w pracy… No ale dziecko to przecież coś innego, prawda?
Dlatego nie wystarczy zabronić, nawet na mocy ustawy. Potrzebna, wręcz konieczna jest edukacja rodziców, realna pomoc w wychowywaniu dzieci, które jest przecież bardzo trudną sztuką. Trzeba wskazać rodzicom takie metody oddziaływania, w tym karania, które będą skuteczne, ale nie będą wiązały się ani z zadawaniem bólu, ani z poniżaniem. Ustrzegą też przed przejściem na drugą, równie niebezpieczną stronę wychowywania bez stawiania granic, bez wymagań i bez ponoszenia przez dzieci konsekwencji swoich czynów. To nie jest łatwe, wymaga ogromnej cierpliwości, determinacji, czasu, wysiłku. Bicie czasami odnosi skutek, tzn. dzieci ze strachu przed bólem powstrzymują się od niepożądanego działania lub robią to, co się od nich wymaga. Ale czy o to chodzi, żeby posłuszeństwo wymuszać strachem? Żeby wychowywać przez ból i cierpienie? Niestety, to co czasami przynosi pożądany efekt u młodszych, odbija się czkawką, kiedy dzieci są starsze. Przemoc rodzi przemoc. Bite dziecko będzie biło rodzeństwo i kolegów (nauczone, że starszy i silniejszy może bić słabszego i młodszego), potem agresja ma duże szanse skierować się przeciwko rodzicom i innym dorosłym. Liczy się przecież przewaga fizyczna i obrona własnych racji. Nie zawsze przemoc będzie się objawiać biciem, częściej lekceważeniem, brakiem szacunku, wykorzystywaniem.
Nieprzypadkowo na początku nawiązałam do sytuacji szkolnej. Jeśli pokaże się rodzicom mądre, dobre sposoby wychowywania dzieci bez bicia, wielu chętnie po nie sięgnie. Są oczywiście książki na ten temat, kampanie społeczne, instytucje pozarządowe, programy telewizyjne. Nadal jednak nie do przecenienia są szkoły i przedszkola, instytucje mające największy kontakt z rodzicami. Nauczyciele mogą zrobić w tej materii bardzo dużo. Jeśli tylko zechcą.
KAMILA WERNER





