Jest niedziela, 5 września 2010

Imieniny:
Doroty, Teodora, Wawrzyńca

Chcieli dobrze, a wyszło źle

Zawracanie kijem Wisły
Jeszcze niedawno słychać było larum, że tzw. uprzedszkolnienie w Polsce jest mizerne i nie odpowiada naszym ambicjom edukacyjnym. Ten lament i zawodzenie – teraz widać to jak na dłoni – potrzebne były w czasie przeprowadzki maluchów z przedszkoli do oddziałów szkolno-świetlicowych albo do klas pierwszych. Zwolnione miejsca w przedszkolach zajęły młodsze dzieci. Odgwizdano powodzenie całej akcji, słupki dotyczące “uprzedszkolnienia” strzeliły do góry. Wkrótce zaczęły się jednak kłopoty z jakością tej opiekuńczo-oświatowej usługi i to za sprawą nowych przepisów, które ministerstwo edukacji wprowadziło do Karty Nauczyciela.

Chodzi o dodatkowe godziny pracy nauczycieli; teraz jednej tygodniowo, od września powiększonej do dwóch. W zamyśle MEN miały one rozszerzyć skromne przecież pensum do odpracowania. Miały zostać wykorzystane do podnoszenia jakości pracy szkół, a mówiąc konkretnie, do nauczycielskiej pomocy uczniom zaniedbanym w nauce albo szczególnie uzdolnionym. Ale “karciane godziny”, bo tak je zaczęto nazywać, dostrzegły również samorządy, czyli organy prowadzące szkoły i ministerialne rozporządzenie część z nich potraktowała oryginalnie, szukając w nim podstaw do zaoszczędzenia pieniędzy.

Nie zamierzam napadać na wójtów i burmistrzów, że ośmielili się zgłosić “wywrotowe” pomysły i chcą wprowadzać je w życie. Są gminy bogate, są biedne. Jedne bez problemów przygotowały i wyposażyły pomieszczenia szkolne tak, że sześciolatki czują się w nich dobrze. Inne, uboższe, dotkliwie odczuły ciężar dodatkowych wydatków i trudno się dziwić, że chcą je sobie powetować. Ale forma oszczędnościowych zabiegów jest najgorsza z możliwych.

Samorządy wykorzystując bowiem przepisy wprowadzone przez MEN – podtrzymuję swoją opinię, że w dobrej wierze – chcą zwalniać nauczycieli pracujących w świetlicach szkolnych, likwidując ich etaty jako niepotrzebne. Zamiast nich w tychże świetlicach mieliby swoje “karciane godziny” odpracowywać nauczyciele-przedmiotowcy, a gdyby tych godzin było za mało, świetlice szkolne mają przekształcać się w środowiskowe, finansowane ze środków opieki społecznej. Gdyby doszło do realizacji pomysłów części wójtów i burmistrzów, to – jak obliczyły związki zawodowe – w krótkim czasie ok. 30 tys. nauczycieli ze świetlic szkolnych może stracić pracę.

Sądzę, że jest to liczba zawyżona, choćby z tego względu, że nie wszystkie samorządy interpretują rozporządzenie MEN w przewrotny sposób i nie wszędzie muszą oszczędzać aż do tego stopnia. Poza tym do przedszkoli i szkół podstawowych już wędrują dzieci z wyżu demograficznego, więc trzeba raczej znaleźć źródła dodatkowych wpływów na edukację niż redukować wydatki. Warto też zwrócić uwagę, że nauczyciele nauczania początkowego i nauczyciele-przedmiotowcy mają przygotowanie do pracy w klasie a nie w świetlicy. Pozbywanie się nauczycieli pracujących w świetlicach, czyli fachowców, wcześniej czy później doprowadzi do chaosu w tej dziedzinie opieki i edukacji, tym bardziej, że sieć świetlic musi się rozwijać a nie kurczyć.
Zobaczymy, czy pani minister walnie pięścią w stół i przetnie lekkomyślne zamiary samorządowców. Albo postąpi dużo łagodniej; spowoduje wydanie jednoznacznej interpretacji ministerialnego rozporządzenia o “karcianych godzinach”, co w efekcie powinno przynieść te same rezultaty. Byłoby również dobrze, gdyby nowy nadzór pedagogiczny dokładnie policzył, ile poszczególne szkoły potrzebują pieniędzy na swoje funkcjonowanie. Ile dostają z budżetu państwa, a ile dokłada do nich samorząd. Pomoc w rozwikłaniu tego problemu mogłaby też zaoferować Najwyższa Izba Kontroli. Nie chodzi o gnębienie kogokolwiek, ale o przejrzystość w tej sprawie i o ewentualne pretensje tylko do tych, którzy zawinili przyznając samorządom zbyt niską subwencję oświatową, błędami w jej podziale i gospodarowaniu pieniędzmi, brakiem przedsiębiorczości w zdobywaniu dodatkowych środków, biernością, zaniechaniem.

CEZARY MIARKA

 

 

 

Share/Save/Bookmark

Zestawy obiadowe